W mediach dominującego nurtu ostatnio króluje przekaz, że prezydent Komorowski ma pewną reelekcję. Tak jest umiłowany przez elektorat, że chyba tylko Putin ma większe poparcie. To znaczy Putin oczywiście w Rosji.

Pewnie niedługo „wajchowi” ogłoszą, że wybory nie są w zasadzie konieczne, ponieważ przy tak dużej akceptacji społecznej szkoda marnotrawić pieniądze jakże przydatne rządzącym na rachunki w knajpach.

Propaganda może wiele. Stworzono nam obraz sympatycznego, trochę austro-węgierskiego przywódcy jowialnie sprawującego swój urząd ku pożytkowi rodaków.

Osoby obeznane z polityką od podszewki twierdzą, że ten rubaszny styl bycia prezydenta to tylko poza kryjąca twardego gracza.

Rzeczywiście patrząc na jego życiorys i wybory życiowe, widać coś niespójnego. Z jednej strony opozycjonista z czasów PRL, z drugiej strony zagorzały miłośnik WSI i żałobnik na dziwacznej mszy za Jaruzelskiego.

Raczej ta druga miłość wzięła w nim górę. Nominację na prezydenta dostał w marcu 2010 r, w okolicznościach nie do końca wytłumaczalnych. Kandydatem Platformy miał być Donald Tusk, pałający chęcią odwetu na Lechu Kaczyńskim za wybory z 2005 r. Notowania miał obecny premier bardzo dobre i wszystko wskazywało  na jego zwycięstwo. A jednak zrezygnował. Wyglądało to tak jakby zdecydował ktoś z zewnątrz. Kto? Ktoś mocny.

Także zainteresowanie strony rosyjskiej naszymi wyborami i doradzanie PKW przez Czurowa, słynnego rosyjskiego „czarodzieja z nad urny”, budzi wątpliwości co do kryształowej czystości elekcji z 2010 r.

Zachowawcza i bezbarwna prezydentura Bronisława Komorowskiego nie jest na te czasy. Szermowanie na lewo i prawo hasłami o wolności i sadzenie dębów wolności (ten w Sopocie jakiś niesubordynowany bo usechł), bez prezentowania jakiejkolwiek głębszej myśli politycznej wygląda wręcz groteskowo w gorejącym świecie.

Polska potrzebuje przywódcy z prawdziwego zdarzenia a nie figury dekoracyjnej. Jednak ta prezydentura spełnia wymogi tzw. salonu. Nagradzani i odznaczani są, ci którzy trzeba, zatrudnienie w Pałacu znalazło ok. 700 osób wyłącznie z „dobrego towarzystwa”. Samo kierownictwo kancelarii to 10 osób. Działa 8 sekretariatów. Do tego 18 biur z dyrektorem każde. Bizancjum.

Jeśli nie się nie zmieni w dzianiu naszej „demokracji” możemy być pewni, że prezydent Komorowski następną kadencję ma w kieszeni. Codzienne wmawianie, że jest niezastąpiony i topienie kontrkandydatów w czarnym piarze da rezultaty. Pewnie wygra nieznacznie, tak jak PO w wyborach do Europarlamentu. Kulturalnie, bez nachalstwa, ale jednak.

Chyba, że Polakom wreszcie się znudzi, by wybierano za nich i to tak naprawdę coraz bardziej nonszalancko.