O porażce prezydenta zdecydował brak kultury, nerwy i stałe łamanie zasad gry. Sędzia widział faule i w niedzielę sięgnie po kartkę…
Zmodyfikowano: 18-05-2015

Natychmiast po zakończeniu wczorajszej debaty Duda – Komorowski w TVP i Polsacie rozległo się po całym Internecie jedno hasło: „Chyba oglądaliśmy inną debatę”, rzucane z lewa na prawo i z prawa na lewo. Dowodzi to, że na ocenę widzów wpływ mają przede wszystkim ich wrażenia, bardziej powierzchowne niż chcieliby eksperci. Tradycyjnie poruszamy się więc między „znokautowaniem Dudy przez Komorowskiego”, a „znokautowaniem Komorowskiego przez Dudę”, choć najwięcej jest opinii wskazujących na remis „ze wskazaniem” – na jednego lub drugiego.

Tym, co kłuje w oczy najmocniej, jest odkrycie, jakimi torami biegnie myślenie zwolenników teorii o wygranej prezydenta – otóż Komorowski „jak na siebie” wypadł świetnie, a Duda „jak na siebie” wypadł słabo. Popularny ostatnio publicysta sportowo-polityczny Krzysztof Stanowski, bez wskazywania na zwycięzcę, stwierdził, że to remis Barcelony z Cordobą, czyli Goliata i Dawida, przy czym w jego interpretacji prezydent to owa Cordoba, Duda zaś Barcelona, która była zdecydowanym faworytem. Trudno się z tym zgodzić, spotkali się jednak finaliści, raczej Real z Barceloną niż Cordoba.

A teraz – dlaczego o remisie mowy być nie może. Duda wygrał tę debatę. Choć nie w takim stopniu, jak się spodziewałem i jak można było mniemać po jego świetnych wystąpieniach na konwencjach i po beznadziejnych wywiadach telewizyjnych prezydenta. Dlaczego nie w takim stopniu? Brakowało mu refleksu i błyskotliwości. Z drugiej strony – lepiej w takiej debacie i przy takiej postawie konkurenta powiedzieć o kilkanaście zdań za mało niż o jedno za dużo. Po stronie porażek Dudy trzeba wpisać także brak reakcji na zarzut, że blokuje etat, choć odpowiedź była prosta – to pan, panie prezydencie, blokuje stanowisko, i to najważniejsze w państwie, nie robiąc tego, co pan powinien. Zero odpowiedzi na zarzut, że emigracja za rządów PiS była większa, choć odpowiedź też prosta: otwarto wtedy granice dla chcących legalnie pracować na Zachodzie. Wielka trema na początku i zdecydowana przegrana I rundy.

Ale potem role zaczęły się odwracać i co najmniej dwie rundy z pięciu kandydat PiS wygrał, dwie remisując. Jeśli przyjmiemy za oczywistość, że debata kandydatów na prezydenta ma pokazać nie tylko poglądy kandydata (bo te przedstawia on na wiecach i w wywiadach), ale także (dla wielu – przede wszystkim) formę ich podania, kulturę, opanowanie, klasę i tzw. reprezentacyjność, tu pytań być nie może. Brak kultury prezydenta był widoczny gołym okiem. I nie dlatego, że jest człowiekiem źle wychowanym (bo to na podstawie kilkunastu nawet wpadek dyplomatycznych stwierdzić trudno), ale dlatego, że sztabowcy tak mu podpowiedzieli. Miał Dudę wyprowadzić z równowagi i to się nie udało nawet na sekundę. Mało tego – sam wpadł we własne sidła i tak się nabuzował, że zaczął palcem wygrażać konkurentowi, a nawet apelować o „więcej pokory!”.

Widać było, że zgoda to dla głowy państwa wyłącznie wytarty slogan. Nie da się jej budować, nie pozwalając jednocześnie, by spokojnie mógł się wypowiedzieć człowiek mający inne poglądy. Stałe łamanie przez prezydenta zasad przyjętych przed programem świadczy o tym, że było to działanie świadome. Spierałem się o to na Twitterze z innymi dziennikarzami utrzymującymi, że w ogólnym rozrachunku to drobiazg. No, jednak nie. Nie są drobiazgami stałe próby zdobycia bramki ręką, jeśli gramy w piłkę nożną. Owszem, są w dziejach futbolu spektakularne gole strzelone górną kończyną, ale zdecydowana większość z nich nie zostaje uznana, mało tego – jest za to kara w postaci co najmniej żółtej kartki. W przypadku debaty prezydenckiej sędzią meczu jest społeczeństwo, a to jeszcze nie wydało werdyktu. O ile nie liczyć licznych sond na dużych portalach internetowych: RMF czy Super Expressu, gdzie Andrzej Duda – w opinii kilkudziesięciu tysięcy internautów – wygrał debatę dość zdecydowanie.

Po drugiej stronie są media, najczęściej mainstreamowe, choć wśród dziennikarzy „niepokornych” także zdarzają się głosy mówiące o porażce Dudy. Bo nie zachwycił, bo nie znokautował. Coś mi się wydaje, że gdyby stało się to ostatnie, ci sami ludzie pisaliby o „niepotrzebnym kopaniu leżącego”. Jak daleko może zajść mainstream w poszukiwaniu miodku w pustej beczułce? Bardzo daleko. Dość wspomnieć, że „Newsweek”, by umniejszyć rangę Dudy, pisze, że Komorowski i Duda „to nie są politycy tego formatu, co Kwaśniewski, Tusk czy… Jarosław Kaczyński”. Czy przed pięciu laty, kiedy Komorowski stawał w szranki z prezesem PiS, „Newsweek” pisał w podobnym tonie? Wiem, nie kopmy leżącego.

Opinia mego szanownego redakcyjnego kolegi, Piotra Skwiecińskiego, który wskazuje na „remis ze wskazaniem na Komorowskiego”, nie przekonuje mnie, niestety, ani trochę. Jaki remis? Powtórzę - jeśli przyjmiemy, że w takich debatach najważniejsze jest wrażenie, to poza arogancją (apele o pokorę) i brakiem kultury, ale także tak pozytywnie ocenianą przez jego zwolenników determinacją, Komorowski nie pokazał zbyt wiele. Mało tego, podobnie jak w tzw. debacie z „przyjaciółmi z TVN24”, gdy atakował Rymanowskiego za pytania o książkę Sumlińskiego, także i teraz udowodnił, że nie ma z nim rozmowy. Czy to jeszcze prezydencka buta, czy też po prostu pozapolityczne zadufanie w sobie tylko prezydenturą tą dopompowane - nie mnie oceniać.

Ale wrażenie było fatalne i rosło. O ile początek debaty na pewno należał do prezydenta i to on wygrał pierwszą z pięciu rund, o tyle Duda pozbierał się po 10 minutach, by po 20 wyprzedzić Komorowskiego i w moim odczuciu nie oddać już prowadzenia do końca. Zdania mogą podzielone, czy najlepsze w jego wykonaniu było ostatnie „orędzie” do narodu, osobiście uważam, że najmocniejszy cios wyprowadził wtedy, gdy rozgrzanemu Komorowskiemu, stale wchodzącemu mu w słowo i ograniczającemu przez to czas na odpowiedź, wypalił, że ten był przekonany, iż wygra te wybory spacerkiem, kampania mogłaby trwać 12 dni i że kiedy, to nie nastąpiło, prezydent zaczął zmieniać zdania jak rękawiczki, naruszając powagę swojego urzędu.

Jęk, który niesie się po lemingotwórczych mediach – że Duda był za grzeczny, trudno traktować inaczej niż próbę usprawiedliwienia koszmarnego obciachu, jaki zgotował im ich idol, dowodząc po raz tysiąc pierwszy, że przed upadkiem kroczą pycha i buta. Tych bowiem tradycyjnie już Bronisławowi Komorowskiemu nie brakowało ani przez chwilę.

autor: Krzysztof Feusette wpolityce.pl

Komentarze


Czytaj także:

LechKaczynski.org Ruch Społeczny im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Alternatywa Pol(s)ka bez kompleksów Program PiS 2014 Klub Parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości Grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów PiS.tv Prawa Strona Północnego Mazowsz Biuletyn Informacji Publicznej PiS